Homilia abp. Marka Jędraszewskiego wygłoszona w sanktuarium maryjno-pasyjnym w Kalwarii Zebrzydowskiej

Homilia abp. Marka Jędraszewskiego
wygłoszona podczas Mszy świętej
w sanktuarium maryjno-pasyjnym w Kalwarii Zebrzydowskiej
podczas wielkopostnej pielgrzymka kapłanów archidiecezji krakowskiej
18.03.2017

 

 

 

Czytana przed chwilą Ewangelia Łukaszowa zachęca nas, Drodzy Bracia, do szczególnego rachunku sumienia, kapłańskiego rachunku sumienia uczynionego wobec trzech synów, o których mówi przypowieść Pana Jezusa.


Najpierw postać syna , który wprawdzie wprost nie występuje w tej przypowieści, ale przez Pana Jezusa został bardzo dokładnie określony słowami: „ Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy " (Łk 15, 31). Ileż w tym sformułowaniu jest miłości ojcowskiej. Syn jest dorosły, ale ojciec ciągle do niego mówi „moje dziecko". A dalej: Jesteś mi zawsze wierny. Jesteś przy mnie, co jest moją, ale i twoją radością . I w konsekwencji: wszystko to, co jest moje, należy do ciebie . W takiej miłości ojca jest dla syna już tylko jedna odpowiedź: Totus Tuus - cały Twój. Zawsze z Tobą. Przy Tobie. Dziedzic Twoich dóbr i łask.


Młodszy syn, pewnie czasem jakby bardziej kochany. Ale w pewnym momencie zaczyna odchodzić sercem, a potem oświadcza, że naprawdę chce odejść. I odjechał w daleką krainę.
Zaczęło się od tego, że zagubił bliskość serca, potem pojawiła się ogromna odległość mierzona przestrzenią. I tylko te wieści, które dochodziły do domu ojca o tym, jak syn się prowadzi... Na szczęście pozostało w synu wspomnienie domu, pewnego ładu, sprawiedliwości, także odnoszącej się do tych, którzy byli zaledwie najemnikami. W obliczu niepowodzeń i nieszczęść - chęć powrotu. Zapewne powrotu niełatwego. Trzeba było znowu pokonać odległość mierzoną przestrzenią. Ale przecież wraz ze zbliżaniem się do rodzinnego domu musiała rosnąć obawa, jak w tym domu zostanie przyjęty. W tej powoli kurczącej się przestrzeni, rósł dystans wynikający z lęku. Niespodziewanie zostaje skrócony - najpierw w przestrzeni. Ojciec sam wybiega na spotkanie syna. A potem - w sercu, z którego znika lęk, które doznaje przeżycia utraconego i odzyskanego synostwa. Przygarnięcie do serca, zapowiedź uczty i radości.


I historia starszego syna, który był zawsze z ojcem. Był blisko, a jednocześnie daleko. Daleko nie przestrzenią, ale sercem. Zapatrzony w siebie. Nie wystarczało mu to, że jest blisko ojca i zawsze z nim. Narastało przekonanie krzywdy. I poczucia, iż za to, że jest blisko, coś mu się należy. Stąd wyrzut: "Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi" (Łk 15, 29). Nie liczyła się bliskość serca. Liczyło się to, co otrzymał, co się da wymierzyć materialnie. I stąd wyrzut ojca, że nie patrzy na innego jak on, że nie kocha innego jak on, mimo że to jego brat; że nie ma w nim miłosierdzia. A przecież „trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się" (Łk 15, 32).


Trzy postawy, które przemawiają dzisiaj z tak wielką wyrazistością do nas, kapłanów. Ciągle będzie wracało - i musi wracać - pytanie: Jak to jest między mną a Ojcem? Jak to jest w świetle tego wydarzenia - być może sprzed bardzo wielu już lat - do którego powoli się dorastało, a może było tylko mgnieniem, olśnieniem, że oto Ojciec mnie powołuje, abym był zawsze z Nim? A potem chwila święceń i świadomość, że także do mnie odnoszą się te słowa, które Chrystus wypowiedział do Apostołów w Wieczerniku: „Już was więcej nie nazywam sługami (...), ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od ​Ojca mego " (J 15, 15). Co pozostało z tego olśnienia i głębokiej wdzięczności, że oto ja, wybrany, gotowy, żeby mnie posłał? Co zostało z tego poczucia niezwykłej godności bycia Chrystusowym kapłanem? Co pozostało z tego zadania, żeby patrzeć na świat oczyma Miłosiernego Ojca, który czeka na syna marnotrawnego, który go ciągle szuka, który wybiega mu na spotkanie, który go przygarnia do siebie? Ile jest w nas tej miłości, poprzez którą buduje się Kościół? Ile jest w nas tego, co Chrystus mówił do Apostołów: „ Idźcie i głoście: «Bliskie już jest królestwo niebieskie» " (Mt 10, 7)?


Ciągle chodzi o to, żeby bliskość z Ojcem była mierzona sercem, tak jak sto lat temu uczyła tego Matka Najświętsza dzieci fatimskie, polecając im, aby dziesiątki różańca przeplatały modlitwą szczególną, zaczynającą się od słów: „O, mój Jezu". Mój Jezu... Mój... Mimo, że jest świadomość grzechu. Więc: „Przebacz nam nasze grzechy". A przede wszystkim: „Zachowaj nas od ognia piekielnego". Ale także zaraz myślenie o innych i modlitwa za innych: „Zaprowadź wszystkie dusze do nieba". Wszystkie. W tej modlitwie nie ma wyjątków. „I dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia". Zawsze pozostanie dla nas, także utrudzonych w konfesjonale, pytanie: kto naprawdę najbardziej tego miłosierdzia potrzebuje?

Msze święte


Partnerzy:
Mecenas: