Chwałą Boga jest człowiek żyjący

O dzieciństwie, rodzinie, radości życia, in vitro, eutanazji i miłości bliźniego

z księdzem Arcybiskupem Markiem Jędraszewskim metropolitą krakowskim

dla Dobrych Nowin rozmawia redaktor Małgorzata Pabis .


M.P. Księże Arcybiskupie, Edyta Geppert śpiewa taką piosenkę: „Uparcie i skrycie, och życie kocham cię, kocham cię, kocham cię nad życie...". Za co Ekscelencja kocha życie?

 

Abp M.J. Kocham życie, bo dał mi je Pan Bóg i dali je moi rodzice. To wielki, niezwykle zobowiązujący dar. Jeśli jest to dar miłości, to jak go nie kochać. Życie nie zawsze jest łatwe, stawia przed nami różnego rodzaju problemy i trzeba się w tym wszystkim umieć odnaleźć. Ale przede wszystkim życie trzeba kochać - właśnie jako dar.

Nie prosiłem o życie, znalazłem się w nim i odkrywam, że cudownie jest żyć. To się pogłębia i odkrywam coraz bardziej, że tu nie chodzi o to, żeby kochając własne życie, myśleć tylko o sobie. Starożytni mówili: „carpe diem" - chwytać każdą chwilę, żeby ją mieć dla siebie. Ja uważam, że trzeba chwytać każdą chwilę tego życia, aby ją mieć i dla Pana Boga, i dla innego człowieka. To jest coś fantastycznego.


M.P.Czy były w życiu Księdza Arcybiskupa sytuacje trudne, kiedy odechciewało się wręcz żyć? Jak sobie radzić w takich sytuacjach? Jak dojrzeć „światełko nadziei", o którym śpiewa wspomniana już artystka?

 

Abp M.J. Na szczęście nie byłem postawiony w takiej sytuacji, kiedy nie chciałbym żyć albo byłoby tak trudno, że życie straciłoby swój sens. Przeciwnie, moje życie układało się raczej dobrze, chociaż niewątpliwie pośród zmagań. Odczuwałem to już wtedy, gdy byłem uczniem prestiżowego poznańskiego liceum. Był tam swoisty „wyścig szczurów". Dla młodego chłopaka, który miał pewne cele i ambicje, wymagało to wielkiego wysiłku i pewnych zmagań. Dzisiaj jednak z wielką wdzięcznością patrzę na moich profesorów, którzy wymagali, ale także dali solidny fundament wiedzy, z której czerpię do dziś. Po wtóre, uczyli nas ogromnego szacunku do przeszłości. W większości byli to jeszcze nauczyciele przedwojenni. Nie wszyscy byli z Poznania, niektórzy pochodzili z Kresów Wschodnich. Oni mieli swoje dylematy, doświadczenia. Pamiętali wolną przedwojenną Polskę oraz wszystko to, co działo się w czasach wojny i w czasie stalinowskim. Mnie zostało to już oszczędzone. Poszedłem do szkoły podstawowej w 1956 r. Wtedy na krótki czas, na fali odwilży październikowej, powróciła do szkół religia.
Moi nauczyciele mieli inne doświadczenia i musieli się bardzo zmagać z tamtą trudną sytuacją lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, aby móc przekazać nam prawdę o polskiej historii i języku. Kiedy dziś patrzę na nich, to myślę, że byli prawdziwymi bohaterami. Oni mieli wspaniały kościec wewnętrzny i żyli wiarą w to, że mimo iż, być może, sami wolnej Polski już nie zobaczą, to jednak ich obowiązkiem jest inwestowanie w młodych ludzi.
W tym momencie przypomina mi się mój ojciec, który umierał tuż przed wyborami w 1989 r. Mówił: „Tak chciałem dożyć czasów, żeby komuna padła". Odchodząc, mówił: „Kup cegiełkę na Solidarność, ale pamiętaj, z moich, a nie twoich pieniędzy". W takim domu się wychowałem.
Pamiętam, że bardzo ciężko przeżywałem stan wojenny. Nie pamiętam jednak sytuacji, w której nie byłoby przekonania, że nie wolno się poddawać - trzeba tylko trwać w pewnym świecie wartości, przy przyjaźniach, przy domu rodzinnym, przy Kościele.


M.P.Dziś, tak jak przed wiekami, są ludzie, którzy mówią „carpe diem", żyj na maksa... Takiej postawy uczy nas dziś świat. Jak ona ma się do postawy chrześcijanina? Czy to da się połączyć?


Abp M.J. Oczywiście tak. To „carpe diem" można interpretować bardzo negatywnie, ale można też pozytywnie. „Żyć na maksa": to może nawet brzmieć bardzo po katolicku, kiedy tę zasadę odniesie się do dwóch przykazań miłości. Pan Jezus mówi: „Kochaj Pana Boga całym sercem, ze wszystkich sił swoich, całą swoją duszą". Czy można żyć jeszcze bardziej „na maksa"?
Tak samo, gdy chodzi o drugie przykazanie: „Kochaj bliźniego tak jak siebie". Siebie każdy jakoś naturalnie kocha, a innego mamy kochać podobnie mocno.
Wobec siebie jesteśmy często pobłażliwi, wobec innych nie. A mamy także im okazywać gotowość przebaczenia, wyciągnięcia ręki jako pierwsi i miłosierdzia. To jest życie na maksa.


Życiowe problemy


M.P. „Życie" to temat, który rodzi wiele kontrowersji. W dobie, gdy wciąż mówi się o „prawie człowieka do...", odmawia się człowiekowi prawa do życia...

 

Abp M.J. Mówi się o prawach człowieka w kategoriach tego, co jednostka chciałaby mieć dla siebie i to w sposób absolutny. Począwszy od tego, że chciałaby mieć absolutną wolność, a potem posiadać wszystko i to przede wszystkim w kategoriach materialnych. Przy takim podejściu nie liczy się żaden inny człowiek. On może być ewentualnie przedmiotem mojego użycia, elementem robienia przeze mnie kariery. Nie liczy się jednak jako ktoś, kto ma własną godność, kto jest tak samo jak ja obdarowany pragnieniem wielkiej wolności, kto chce być szanowany i kochany. To skoncentrowanie na własnym „ja", przy pozbawieniu się patrzenia na drugiego człowieka i na Boga, sprawia, że człowiek staje się bożkiem dla samego siebie. Żąda dla siebie wszystkich praw, łącznie z tym, żeby bezceremonialnie móc odmówić prawa do życia innym, zwłaszcza słabszym od siebie, tym, którymi musiałby się opiekować czy okazać serce. Mam tu na myśli przede wszystkim dwie kategorie ludzi, którym odmawia się prawa do życia: dzieciom poczętym, a jeszcze nienarodzonym, oraz ludziom schorowanym czy zbliżającym się do śmierci.
W nazewnictwie szuka się eufemizmów, takich jak: „usunięcie ciąży" czy „dobra śmierć", a w gruncie rzeczy za jednym i za drugim określeniem kryje się po prostu zabijanie ludzi bezbronnych w imię własnego egoizmu.
W świecie zwierząt występują na ogół stadne reakcje polegające na obronie własnego potomstwa, zwłaszcza przez matki młodych zwierząt. Biada temu, kto zbliża się do nich jako jakieś zagrożenie! Tymczasem człowiek, który jest stworzony na obraz i Boże podobieństwo, jest w stanie zabić innego człowieka w imię własnego egoizmu. Jest to zaprzeczeniem własnej człowieczej godności, a w skali społecznej jest to przejawem prawdziwej cywilizacji śmierci, z którą mamy dziś do czynienia, coraz bardziej zresztą propagowaną.


M.P. Kościół mówi „nie" metodzie „in vitro". Wielu ludzi tego nie rozumie, nie wiedzą, dlaczego Kościół sprzeciwia się poczęciu dziecka...

 

Abp M.J. Przy stosowaniu metody „in vitro" zachodzi selekcja istniejących już istot ludzkich, chociaż w fazie embrionalnej. Ludzie często o tym po prostu nie wiedzą. Nie wiedzą, że kosztem ewentualnego jednego życia - bo stosunkowo niewiele dzieci rodzi się przez tę metodę - zabija się inne.
Oprócz tego - i to jest może trudniejsze do zrozumienia, ale bardzo istotne - jest to poczęcie „in vitro", dosłownie „w szkle". To jest pewien proces biologiczny przebiegający w środowisku całkowicie sztucznym dla życia, pośród wielkiej aparatury - nie ma tam nic z tego co jest najpiękniejsze w życiu małżeńskim, a co należy do aktu małżeńskiego. To pomniejsza godność rodziców, małżonków.
Bezdzietni małżonkowie często są gotowi zapłacić cenę wielu upokorzeń, aby mieć dziecko. Ta strona emocjonalnego poniżenia jest często przemilczana, nieznana, ale przecież ona istnieje.


M.P. A kiedy urodzi się dziecko poczęte tą metodą, jak Kościół podchodzi do tego życia?

 

Abp M.J. Kościół patrzy z miłością na każde dziecko, niezależnie od tego, w jaki sposób zostało ono poczęte. Tak odnosi się on do dzieci poczętych w ramach metody „in vitro", ale także tak patrzy na dziecko, które zostało poczęte na skutek gwałtu, czyli w sytuacji ogromnej krzywdy wyrządzonej kobiecie. Kościół uważa bowiem, że gdy chodzi o życie, czyli o Boży dar, to trzeba tego życia bronić i je za wszelką cenę chronić. Absolutnie nie ma mowy o jego odrzuceniu. Wręcz przeciwnie, należy uczynić wszystko, aby każde dziecko było otoczone miłością.


M.P. Aborcja, „in vitro", ale to nie wszystko. Dlaczego Kościół mówi „nie eutanazji" - śmierci na życzenie? Wielu tłumaczy, że człowiek ma prawo „odejść w szczęściu"...

 

Abp M.J. Nie jesteśmy panami swego życia. Życie zostało nam dane równocześnie przez rodziców i przez Pana Boga. To nasz skarb, który musimy uznawać ciągle, do samego końca za dar, a nie przedmiot posiadania, o którym możemy w pewnym momencie powiedzieć, że już nas nie obchodzi, że nas nie interesuje, że z nim chcemy skończyć. Takie myślenie charakteryzuje ludzi, którzy w swym patrzeniu na człowieka nie widzą miejsca dla Pana Boga jako Stwórcy i Dawcy życia. Ludzie ci bardziej myślą o swoim życiu w kategoriach zaistnienia przez przypadek, a o jego zakończenia jako o czymś, o czym mogą sami zadecydować. Odebranie sobie życia jest samobójstwem, czyli targnięciem się na własne życie. I to jest właściwa nazwa na ten czyn. Jest to zbrodnia przeciwko piątemu przykazaniu Dekalogu.


M.P. Widzimy, że tych problemów związanych z życiem jest wiele. Jak każdy z nas może bronić życia?

 

Abp M.J. Jeżeli kocha się życie, jeżeli słucha się Pana Jezusa, który nakazuje kochać drugiego człowieka jak siebie samego, to w tym momencie nie ma już miejsca na obojętność, zwłaszcza w trudnych sytuacjach.
Często wracam do tego, czego nauczyłem się od mojego mistrza filozofii Emmanuela Levinasa, który nie był chrześcijaninem, lecz wierzącym Żydem. Mówił on, że miarą człowieczeństwa jest odpowiedzialność za życie drugiego człowieka i że wszelka zbrodnia zaczyna się od obojętności na los drugiego człowieka. Obojętność ta najbardziej dramatycznie została wyrażona w Biblii w postaci bezczelnej odpowiedzi, a jednocześnie pytania, jakie Kain zadał Panu Bogu. Pan Bóg zapytał go: „Gdzie jest twój brat, Abel?", a on Mu odpowiedział: „Czy ja jestem stróżem mego brata?".
Otóż, miarą naszego człowieczeństwa jest to, że czujemy się stróżami życia naszego brata. W jakiejś mierze przekreślamy siebie w naszym człowieczeństwie i to w sposób fundamentalny, kiedy mówimy: „Ten drugi nas nie obchodzi".
Jeśli zabraknie poczucia odpowiedzialności za los innego człowieka, poczucia wspólnoty jednego człowieczego losu, to zaczyna się ogromne zło - w tym także zło polegające na przekreśleniu swojego człowieczeństwa.


„Ja jestem życiem".


M.P. Pan Jezus w Ewangelii mówi: „Ja jestem życiem". Jak należy rozumieć te słowa?

 

Abp M.J. Pan Jezus przynosi życie i to w sposób niezwykły, najpierw przywracając nam łaskę Bożego dziecięctwa. Daje nam życie Bożych dzieci, łaskę utraconą przez grzech pierworodny. Jest On życiem, ponieważ przeszedł jako pierwszy przez granicę śmierci do nowego życia. Ponieważ On sam powiedział, że każdy, kto w Niego wierzy, „nie zginie, ale będzie miał życie wieczne", to wierzymy, że idąc za Nim drogą Jego Ewangelii, kiedyś zostaniemy obdarzeni przez Niego szczęściem wiecznym.


M.P. Święta Bożego Narodzenia to święto życia. Czego Ksiądz Arcybiskup chciałby życzyć Czytelnikom „Dobrych Nowin"?

 

Abp M.J. Życzę tego, co wyśpiewali aniołowie w Betlejem: „Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli".
Żeby, najpierw, każdy człowiek oddawał chwałę Panu Bogu. Chciałbym odwołać się tutaj do pięknego powiedzenia jednego z najwybitniejszych teologów pierwszych wieków chrześcijaństwa - do św. Ireneusza, który żył na przełomie II i III wieku. Powiedział on: „Gloria Dei homo vivens" („Chwałą Boga jest człowiek żyjący"). Oddajemy chwałę Bogu poprzez to, że żyjemy. Tego więc chciałbym życzyć nam wszystkim: żebyśmy kochali nasze życie, a także życie innych ludzi, i żebyśmy w ten sposób stawali się chwałą oddawaną samemu Panu Bogu.
Życzę dalej, ażebyśmy odczuwali ten pokój, który przynosi nam nowonarodzony Zbawiciel świata - pokój serca. Pokój, który jest innym imieniem miłości. Pokój, który jednoczy, daje poczucie, że jesteśmy naprawdę razem z Bogiem i z drugim człowiekiem.


Dziękuję za te życzenia i za rozmowę.

 

Redakcja Dobre Nowiny
ul. Rękawka 51
30-535 Kraków
tel./fax:
12 314 27 80
12 411 14 52
e-mail: dobrenowiny@rafael.pl

 

Dobre Nowiny
powrót

Msze święte


Partnerzy:
Mecenas: